|
Krasne Krzywe, Krasne Stare, Maśluchy, Kolonia Orzechów, Orzechów Stary, Komarówka, Zienki, Lipniak, Wólka Wytycka, Łowiszów, Wytyczno, Kolonia Wytyczno, Michałów, Urszulin, Dębowiec, Załucze Stare, Czarny Las, Rozpłucie-Grabów, Piaseczno, Krasne Krzywe
|
|
Najpierw jedziemy do Krasnego. Niespodziewane spotkanie z maszerującym od strony jeziora Wiesławem C. Zatrzymujemy się, żeby chwilkę pogadać. Wiesław mówi, że chyba umrze. Robi mi się smutno. To przecież mój kolega z pracy, tyle lat spędzonych razem. W Krasnem ma małą działkę a na niej mały, letniskowy domek. Zawsze przyjeżdżał tu z żoną. Raz przyjechał sam i tak sobie narobił... Szkoda chłopa, fajny był ale cóż... życie toczy się dalej. Nasze rowery też. Równą szosą prosto przez Maśluchy. Na skrzyżowaniu w prawo i po kikudziesięciu metrach w lewo. Zza blaszanych kontenerów po lewej stronie śledzą nas spojrzenia jakichś dwóch, wyglądających dość lumpowato ospbników. Pewnie coś przeskrobali i teraz sprawdzają czy ich czasem nie będziemy gonić. Spokojnie panowie - nigdy nie wsadzamy nosów w nie swoje sprawy. Zwłaszcza, że tak naprawdę, to nie wiadomo ilu was tam za tym blaszakiem jest. Asfalt kończy się za Kolonią Orzechów. Dalej jedziemy twardą, gruntową drogą. Przez pola a później przez las. Z lasu wyjeżdżamy w pobliżu Starego Orzechowa w miejscu, w którym drewniane rzeźby zapraszają do odwiedzenia łowiska nad Jeziorem Skomelno. Skręcamy w lewo i za chwilę zatrzymujemy się przy długim, wychodzącym w jezioro, drewnianym pomoście. Chcemy trochę posiedzieć, pogapić się na wodę, na przycumowane do pomostu łódeczki i odpcząć. Jednak komary skutecznie zniechęcają nas do tego pomysłu. Nie pozostaje nam nic innego jak wsiąść na rowery i jechać dalej. Wracamy do szosy Ludwin - Sosnowica, przejeżdżamy na drugą stronę. Jedziemy mniej więcej na wschód. Mijamy Komarówkę. Przed Zienkami, po prawej wielka ferma strusi. Zatrzymujemy się, żeby zrobić fotki. Na małym rowerku zbliża się starszy pan - stróż strusi. Pilnuje, żeby ich nie karmić a może, żeby karmy im nie wyjadać. Jedziemy dalej. W Zienkach skręcamy w prawo. Potem w lewo, w stronę Lipniaka i jesteśmy na terenie Poleskiego Parku Narodowego. Cicha szosa przez las. Po obu stronach tablice z napisem: "Ostoja zwierząt. Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Wieś Lipniak liczy tylko trzy czy cztery domy. W jej pobliżu zaczyna się podobno ścieżka dydaktyczna "Jezioro Długie", którą mamy zamiar zwiedzić. Zamiar, zamiarem a życie, życiem. Zamiast na ścieżkę, trafiamy na czerwony szlak turystyczny. Prowadzi nas krętą, coraz trudniejszą do przejechania rowerem drogą przez gęsty las. Słońca nie widać, kompasu nie mamy - trudno się zorietnować w którą właściwie jedziemy stronę. Podróż uprzykrzają nam komary, muszki i wszelkie inne występujące tutaj gryząco-latające robactwo. Znaki szlaku widzimy coraz rzadziej i rzadziej. Droga pofałdowana w dziwaczne garby robi się coraz bardziej błotnista. Las jest podmokły, miejscami zamienia się w porośnięte drzewami bagno. Już nie wiadomo co będzie lepsze. Wracać czy jechać dalej? Dobrze, że mam taką dzielną żonę. W ogóle na mnie nie krzyczy. Kiedy zatrzymujemy się na małej polance bez słowa wymierza mi tylko dwa niezbyt mocne ciosy ręcznikiem, który wyjąłem, żeby odganiać ją od latającej plagi i możemy jechać dalej. Uff... Mogło być gorzej. Po jakimś czasie błoto na drodze wreszcie się kończy. Ścieżka, którą jedziemy jest teraz twarda, równa i sucha, brzezina bagienna przechodzi w sosnowy las przez który, od czasu do czasu prześwituje słońce. Zatrzymujemy się, żeby napić się wody. Jakiś dziwny, kilkunastocentymetrowy robal na ścieżce. Porusza się szybko, trudno zrobić zdjęcie. Co to może być? Może się kiedyś dowiemy. Wyjeżdżamy z lasu na szeroką, polną drogę. W oddali widać zabudowania. Jesteśmy uratowani! Zbliżamy się do wioski. Zatrzymujemy się przy tablicy z napisem "Wólka Wytycka". Można chwilę odsapnąć. Po drodze kręcą się jacyś, wyglądajcy na cywilizowanych ludzie. Kończy nam się woda, trzeba będzie kupić nową. Ciekawe czy przyjmują tu złotówki... Sklep jest po prawej stronie w piętrowym, murowanym domu. Wejście przez balkon, po stromych schodkach. Nie ma niegazowanej, trudno, niech będzie gazowana. Są za to śmietankow-czekoladowe lody "Magdalenka". W cieniu, na balkonie stoi ławeczka. Jest dobrze ale trzeba jechać dalej bo do domu daleko. Zatrzymujemy się jeszcze przy cmentarzu żołnierzy Korpusu Ochrony Pgranicza a później przed drewnianym kościołem pw. Św. Andrzeja Boboli w Wytycznie. Z Wytyczna do Urszulina jedziemy ruchliwą szosą Włodawa - Lublin. Niebo jest coraz bardziej zachmurzone, najwyraźniej zbiera się na deszcz. Jesteśmy już bardzo głodni. Ciekawe czy w Urszulinie będzie coś do zjedzenia... Na szczęście po lewej stronie jest bara a w nim są "zestawy obiadowe", które składają się z kawałków pieczonego mięsa, frytek i surówki. Deszcz lunął w czasie gdy czekaliśmy na przyrządzenie. Zdążyłem tylko odczepić sakwy i schować je do środka. Siedzimy sobie przy oknie, przegryzamy mięsko z frytkami popijając coca-calą i patrzymy jak ulewa myje nam nasze rowerki. Deszcz przestaje padać kiedy kończymy jedzenie. To się nazywa mieć szczęście! Wycieramy siodełka ręcznikiem i możemy jechać dalej. Skręcamy w pierwszą drogę w prawo i przejeżdżamy koło posterunku policji. Na rozwidleniu jedziemy prosto, w stronę Załucza. Za Dębowcem wyprzedza nas samochód i zatrzymuje się przed nami. Kierowca wysiada i pyta jak dojechać nad Krasne. Lepiej nie mógł trafić. Wyjmuję mapę i cierpliwie tłumaczę zawiłości drogi przez Stare Załucze, Czarny Las, Rozpłucie-Grabów i Piaseczno. Proponuję mu też, że jak chce, to może jechać za nami, bo tak się składa, że jedziemy w tym samym kierunku. Jednak facet ceni sobie samodzielność - dziękuje grzecznie i odjeżdża. Jedziemy i my. Za chwilę zatrzymujemy się przy Muzeum Poleskiego Parku Narodowego w Starym Załuczu. Wchodzę do środka, pytam czy mają może do sprzedania jakiś przewodnik. Mają, kosztuje tylko złotówkę. Super! Przy okazji pytam o ścieżkę dydaktyczną nad Jezioro Długie, której nie udało się nam dzisiaj odnaleźć. Pan wyjaśnia, że została zlikwidowana. Była mało uczęszczana, nie opłacało się jej utrzymywać. Dziękuję i wychodzę. W wiacie obok budynku muzeum oglądamy wystawione tam stare pojazdy i maszyny rolnicze. Potem wracamy nad Łukcze tą samą trasą, którą pokazywałem na mapie zbłąkanemu kierowcy. Tylko z Piaseczna zamiast szosą, jedziemy dobrze znaną nam drogą przez pola i las.
|